Dziwny przypadek Angeliki jest ostatnim filmem Manoela de Oliveiry i chociaż zrobi ich jeszcze więcej, to takim pozostanie. Scenariusz, który czekał ponad 50 lat na realizację: historia o duchach oparta na prawdziwych wydarzeniach (Oliveira w młodości miał sfotografować młodą zmarłą) i bliskości śmierci reżysera, jest podstawą dla filmu o śmierci i życiu po niej. Jest to halucynacja, z pewnością, o fotografie (portugalskim sefardyjczyku), który zdaje sobie sprawę, że za fotografiami, znajduje się inny świat, otchłań, z której jesteśmy widziani i obserwowani.
Jeśli kino jest sztuką o zmarłych, którzy pozostają z nami dekady po opuszczeniu rzeczywistego świata, Oliveira dorzuca do tego ideę, że ci zmarli, te ciała zabalsamowane dawniej w celuloidzie, a teraz coraz częściej na nośnikach cyfrowych, posiadają moc widzenia nas i zaglądania do naszej pamięci. To dwa światy, które się wzajemnie komentują. Kino jawi się jako drzwi prowadzące do innego wymiaru, które kiedy się je przekracza, zostawiają w nas rany, obsesje. Pozostawia sprawę rozróżnienia zmarłych od żywych otwartą. Dziwny przypadek Angeliki jest najdziwniejszym filmem portugalskiego reżysera. Jego kadry, najbardziej perfekcyjne ze stworzonych przez niego, są unikalne, niepowtarzalne: są jak cele, w których uwięzieni są bohaterowie pozbawieni psychologicznej charakteryzacji.
Postaci żyją w świecie, który nie ma połączenia z rzeczywistością i jedynymi głosami, które w niego wkraczają są te zmarłych lub przeszłości (pieśń ludowa śpiewana przez pracowników na polu). Fotograf jest od początku kimś zagubionym. Po raz pierwszy pojawia się w filmie, kiedy szuka wa radiu dźwięków z innych światów, które nastraja w poszukiwaniu sygnału, na który ostatecznie się natknie w akcie patrzenia przez wizjer aparatu. Bardziej niż miłość, znajdzie furtkę do innego wymiaru. Znajdzie także ruch wewnątrz nieruchomego (żywe spojrzenie na martwe ciało), ten paradoks jest tym, co doprowadzi go do wniosku, że rzeczy nie są takimi jakie je widzimy oczami, ale takimi jakie je postrzegamy przez oczy duszy, która nie zna granic.
Kiedy na końcu filmu fotograf umiera, opuszcza swoje ciało, które upada na podłogę, bez zawahania idąc ku niej. Ale kim ona jest? Tylko uśmiechem, i ten uśmiech, niekiedy niepokojący, każe nam myśleć o śmierci ukrytej w twarzy pięknej kobiety. Łagodna kobieta, piękna zmarła, ale w rzeczywistości ta "ona", bardziej niż konkretną osobą, jest po prostu obsesją sprowadzającą bohatera na drogę w otchłań. Kiedy w nią wkraczasz pozostają dwa wyjścia: śmierć albo odkrycie. Kiedy dzieje się to ostatnie, tak jak w filmie: sztuce zachowywania zmarłych, światło kinematografu jawi się nam jako ścieżka duchowa pozwalająca zobaczyć niewidzialne w widzialnym. Sztuka, która dzięki mocy spojrzenia, pozwala komunikować się ze światem niematerialnym, gdzie kreacja, postaci, zmarli, kino, mieszają się, i jak gdyby przekraczają ten próg, gdzie dwa wymiary spotykają się, pozwalając abyśmy my mogli patrzeć na nich a oni na nas, rozpoznawać się wzajemnie, i w końcu, wzywać nas naszym prawdziwym imieniem.
Daniel V. Villamediana
oryginał tekstu ukazał się na blogu pisma Letras de cine: letrasdecine.blogspot.com 26 maja 2011
tłumaczył z hiszpańskiego K. Dix

















































