Friday, April 22, 2011

Serge Kaganski o "Wszystkich nocach" ("Toutes les nuits") Eugèna Greena


Między bressonowskim rygorem, romantyczną gorączką i potokiem słów znajdują się Wszystkie noce, rzecz nieoczekiwana, zdumiewająca, wspaniała. Jego autor, Eugène Green,  w wieku 50 lat podpisuje się po swoim pierwszym filmem, pełnym żaru i zadumy jednocześnie.

W dżungli coraz większej ilości pojawiających się co tydzień w kinach filmów, większość stanowią przeciętne, po których nie można oczekiwać niczego i rzeczywiście rzadko zaskakujących czymkolwiek,  wielkie produkcje - ich wejście na ekrany jest wydarzeniem, będącym pożywką dla mediów, które okazują się najczęściej  bardzo niedobre, a w wyjątkowych przypadkach niezłe, filmy autorskie, które plasują się czasami poniżej, czasami powyżej naszych słusznych oczekiwań, ale zawsze już na pewnym poziomie estetycznym, na godnym szacunku  stopniu ambicji artystycznej, lub też pierwsze filmy zwane „obiecującymi”, których autorów należy później „śledzić”. Ponad sympatiami i antypatiami bardziej lub mniej jasno wyrażanymi, większym bądź mniejszym zainteresowaniem jakim można obdarzyć konkretny film, wszystkie te kategorie odpowiadają pewnemu porządkowi rzeczy, rutynie surowego krytyka czy  znudzonego widza. O wiele rzadziej,  pojawia się film-ufo, bez rozgłosu, burzący nasze przyzwyczajenia i każący nam patrzeć na siebie  świeżym umysłem i okiem. Mamy teraz szczęście, ponieważ w ciągu zaledwie jednego miesiąca pojawiły się aż dwa takie. Po Du soleil pour les gueux Alaina Guiraudiego przyszedł czas na Wszystkie noce Eugèna Greena,  z których wyszedłem zdziwiony, wyciszony i poruszony. Tak, Wszystkie noce należą do tego rodzaju filmów, zdolnych uniemożliwić krytykowi jego zwyczajną gadaninę (temu rodzajowi widza czasami wydaje się, że wie o filmie wszystko zanim go naprawdę zobaczy), porażając go nagle pełną spokoju śmiałością, anachronicznym pięknem, dyskretną żarliwością.


Ale od początku. Kim jest ów tajemniczy Eugèn Green? Amerykanin, mieszkający we Francji od 1969 r., który założył zespół teatralny (le Théâtre de la Sapience), reżyserował sztuki m. in. Corneilla, występował w wielu spektaklach, pisał sztuki wierszem. Obecnie zajmuje się pisaniem książki poświęconej barokowej deklamacji. Jak widzimy, ten Amerykanin zdaje się nie pochodzić z tego samego kraju co Georege W. Bush. Czytał zarówno bardzo dużo Flauberta (Wszystkie noce, są inspirowane  jego La Première Education sentimentale) jak i Pessõi oraz uważnie śledził kolejne premiery filmów Roberta Bressona. To tyle tytułem prezentacji.

W tym miejscu powinienem, być może,  przytoczyć fragment teoretycznego tekstu Greena załączonego w prasowym dossier: „Rozmyślanie o naturze kina i zajmowanie pozycji uważanych raczej za radykalne, nie powinno prowadzić do rezultatu, który miałby wymiar przede wszystkim intelektualny. Jak w teatrze, moim pierwszym celem jest dotknąć widza w sposób możliwie jak najbardziej głęboki”.  Nie ma żadnej przesady w tym wyznaniu wiary, jako że podsumowuje ono idealnie Wszystkie noce, pierwszy film pięćdziesięcioletniego twórcy: dzieła zajmującego pozycje uważane za radykalne i dotykającego głęboko widza.

Jest lato 1967,  jesteśmy w małym mieście na prowincji. Dwóch kolegów z liceum, spędza razem wakacje, ale Henri będzie kończyć szkołę w Paryżu. Po wyjeździe regularnie piszą do siebie. Henri zostaje kochankiem żony dyrektora pensji, podczas gdy Jules zakochuje się w młodej aktorce z wędrownej trupy.  Wychodząc od tego punktu film śledzi ich uczuciową, polityczną i zawodową drogę w czasie dwunastu kolejnych lat,  ich oddalanie się od siebie, zbliżenia, ich przyjaźnie i zdrady (temat jest zbliżony do tego jaki podejmował ostatnio Laurent Perin w swoim Trente ans).   


To nie jednak ten materiał wyjściowy w formie klasycznej opowieści o inicjacji jest najistotniejszy, ale to jak Eugèn Green go traktuje.  Tym co uderza najpierw jest dykcja aktorów o recytatywnym charakterze, niezwykle klarowna i „biała” gra odziedziczona po modernistycznym kinie powojennym. Jak każdy film, w którym sposób gry jest antynaturalistyczny, Wszystkie noce  wymagają od widza natychmiastowej akceptacji dla systemu, którym się posługuje, zgody warunkującej cały późniejszy odbiór. Jeśli odbiorca odmówi, wejdzie na ścieżkę odrzucenia i szyderstwa, a to, szczerze mówiąc, będzie się wiązało ze stratą dla niego. Jeśli zaakceptuje, tak jak ja,  stanie się jednym z tym z filmem gładkim na powierzchni, rozpalonym w środku, doświadczy  emocji rzadkich w epoce plastyku i telewizji, zyska dostęp do pewnej formy prawdy, w czasie gdy filmy werystyczne brzmią fałszywie od A do Z. Ten film nie pozostawia dużego wyboru: albo wychodzimy z niego od razu albo pochłaniamy w całości.


 Nawet jeśli aktorzy są prowadzeni z dystansem charakterystycznym dla bressonowskich modeli, to są rozpaleni od środka, recytując tekst, który jest jednocześnie literacki i konkretny, poetycki i prozaiczny, przez który wyrażane są nieskończone wariacje na tematy pożądania i miłosnego zauroczenia, wszystkie kombinacje w przyjaźni i małżeństwie, zapał i odrzucenie. Stendhaliańskie dialogi w tym filmie tworzą jeden z  najpiękniejszych tekstów w kinie francuskim od czasów La Maman et la Putain Jeana Eustacha. Nawet gdyby  nie ten tekst i dykcja, Wszystkie noce i tak byłyby już filmem dziwnym i rzadkim. Green jednak nie ogranicza się do słów i kilku modernistycznych póz, udało mu się całkowicie wznieść ponad proste ćwiczenie ze stylu Bressona.  Po pierwsze jego aktorzy totalnie wcielają się w ich role: Henri (Alexis Loret odkryty przez Téchiné) jest bardziej skoncentrowany na zaspokajaniu swojego pożądania, w końcu smutny, podczas gdy Jules, będący jego przeciwieństwem (Adrien Michaux, rewelacja), reprezentuje z kolei uczuciowy ideał, platoniczną miłość, czystą duchowość; między dwoma mężczyznami, dwoma archetypami, Emilie (Christelle Prot, po prostu genialna) waha się, chwieje i cierpi.

Green posiada sztukę opowiadania, talent do konstruowania postaci i poruszania nićmi ich historii, a później zwijania w kłębek ich przecinających się losów. Wie jak z wyczuciem oddać poczucie upływającego czasu. Abstrakcji gry aktorskiej odpowiada konkretyzacja wydarzeń i uczuć, materialność ciał i spojrzeń. Wszystko to wzbogacone przez zdumiewający talent  do filmowania, który najlepiej określają słowa: dyscyplina, czystość, prostota, konieczność. Green może zasugerować podróż do Nowego Yorku lub życie na pensji, mając do dyspozycji tylko dwoje aktorów i jeden pokój, uchwycić sensualne piękno rzeki, gdzie chodzimy się tylko zanurzyć i odpocząć, może filmować wyznania miłosne i określić status społeczny postaci pokazując tylko ich buty, wie jak uchwycić świetlistość twarzy i blask okna bijący w nocy.


Nikt nie powinien pominąć pewnego zasadniczego wymiaru tego pięknego i poważnego filmu: jego humoru, pełnego szyderstwa, szczególnie  w stosunku do wydarzeń roku 68. Trzeba zobaczyć jak Green z ironią, w minimalistyczny sposób przedstawia majowe barykady, lub jak z wdziękiem żartuje z fanatycznych feministek, które spotykają się w herbacianych „salonach”.  Śmiejemy się w trakcie seansu, nawet jeśli w pewnych momentach, nie wiemy już czy mamy coś traktować serio czy nie. W tym tkwi jednak wartość tego filmu, że każe się na sobie koncentrować, budząc w nas wątpliwości, zyskujemy coś, gubiąc się.

Zbliżając się do końca i ponownie czytając ten tekst (zaczerniłem już wiele kartek, nie uchwyciwszy sekretu tego filmu, więc nie oddawszy mu sprawiedliwości), zaczynam wątpić.  A jeśli ten film to była tylko halucynacja? A jeśli Wszystkie noce były oszustwem, czystą blagą, mistyfikacją, fałszywym Bressonem? A jeśli trzeba było lepiej obejrzeć je jeszcze raz przed oficjalnym opublikowaniem mojego osądu? Lecz nie, krytyka musi pozostawać ryzykiem, nie poradą!  Moje roztrzęsienie po projekcji, moja rozmowa z kilkorgiem znajomych, którzy również pytali samych siebie czy nie widzieli właśnie czystego cudu, moja pewność od tego momentu, że zobaczyłem najpiękniejszy i najbardziej zdumiewający film roku, uczucie bycia przeszytym na wylot, gdy  większość filmów prześlizguje się nade mną, to wszystko świadczy o tym, że nie mogło mi się to tylko przyśnić. Wszystkie noce  są lepsze od jakiegoś filmu doskonałego, dobrze wyprodukowanego, dobrze opowiedzianego, wydzielają one pewien dźwięk, jakąś wewnętrzną muzykę, głos, które szepcze dyskretnie najpiękniejsze słowa do naszych uszu.


Serge Kaganski

tłumaczył z francuskiego K. Dix

oryginał artykułu ukazał się na stronach lesinrocks.com 30 listopada 2000

No comments:

Post a Comment